Poradnictwo laktacyjne... Hmmm... Co by tu powiedzieć... Chyba, że bardziej rozreklamowane jest obecnie, niż rzeczywiście istnieje. Albo ja miałam pecha po prostu, co jest dość prawdopodobne, bo los rzadko się do mnie uśmiecha. No chyba, że ironicznie :)
Szpital, w którym rodziłam, podobno został wyposażony w położne wykwalifikowane w temacie, niestety mnie nie dane było się o tym przekonać. Mimo, że problemy z karmieniem O. pojawiły się już w drugiej dobie, o czym pisałam szerzej TU, po pierwsze położne jasno dały mi odczuć, że niekoniecznie im po drodze, co by co chwila pomagać mi przystawiać małego. Jednocześnie, żadna też nie zadała sobie trudu, aby pokazać jak to dokładnie robić, więc jako samouk, musiałam się zmierzyć z wieloma chwilami frustracji małego głodomora. Po drugie, kiedy starałam się dowiedzieć, co się dzieje z moim dzieckiem, zasięgnąć rady, opinii, tę jakże cenną wiedzę dotyczącą karmienia, postanowiły chyba zatrzymać dla siebie, może licząc, że opchną ją ciut drożej niż za darmo...
Na przyszłość będę pamiętać, że drogi dla dobrej opieki szpitalnej są dwie: znajomości lub pieniądze, i jeśli nie masz Wuja Ordynatora, to raczej warto posmarować tu i ówdzie. No, ale w rezultacie taktyka Pań się sprawdzila, bo po miesiącu traumatycznych zmagań z niedojedzonym i nieszczęściwym noworodkiem, o czym pisałam TU, skierowaliśmy z mężem nasze zwłoki w stronę prywatnej Poradni Laktacyjnej...
