Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziecko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziecko. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 czerwca 2014

Co umie mój własny roczniak...?

Kilka dni temu, była bardzo specjalna okazja do świętowania. Pierwsze urodziny mojego maluszka. Nigdy 365 dni nie zleciało mi tak szybko i mimo trudności, chwil zwątpienia i permanentnego już zmęczenia... Chętnie cofnęłabym się w czasie, aby przeżyć ten okres jeszcze raz. Jestem ciekawa, co czeka nas dalej, ale jednocześnie pojawia się nostalgia. Że nie dążę każdej chwili z nim chłonąć tak bardzo, jakbym chciała.
 

wtorek, 29 kwietnia 2014

UWAGA! Zboczeniec za drzwiami.

Źródło: http://www.caferybnik.pl
Sytuacja pierwsza:
Dwie dziewczynki. Trzynaste urodziny. Świętowane na ogrodzonym boisku pod blokiem. Na kocyku. Ludzi sporo dookoła. Prezenty własnoręcznie robione, życzenia, kartki. Sznaucer w wersji mini, biegający dookoła. I siedzący obok Pan. Opalający w promieniach słonecznych to, co generalnie przed słońcem wśród ludzi się chowa. Strach i przerażenie. Pierwszy członek, którego zobaczyły. Pies pod pachę, koc zastawiony łakociami ciągnięty za róg pod samą klatkę i ucieczka w panice. Konsternacja i pierwszy telefon na policję. Dyżurna, która sama podpowiada, czego jeszcze wyrazić nie potrafią. Obnaża się. Tak. Owszem. No raczej.
 

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Syzyf sprząta syf, czyli nagonka przedświąteczna.

Mama ma wpaść z wizytą. Jak zwykle- co robię..? Gruntowne sprzątanie. Jak zawsze zresztą, kiedy ktoś ma zajrzeć "na inspekcję". Po co? Może, żeby udowodnić, że daję radę. Że jeszcze nie pogrążyłam się całkowicie w  kaszkowo- pieluszkowym bajzlu i macierzyńskim szaleństwie. Nie wiem tylko komu chcę to udowodnić bardziej. Jej? Czy może sobie...

No ale przychodzi. Gatka- szmatka. Ja mało przytomna po kolejnej równie mało efektywnie przespanej nocy. Ble, ble, ble. -"W zasadzie to dobrze, że O. w takich warunkach sanitarnych nie chowasz..." Dociera do mnie z opóźnieniem. Zapewne widok twarzy mojej w tym momencie- bezcenny...

Nie lubię sprzątać. Jest tysiąc ciekawszych rzeczy do robienia, które z marszu mogę wymienić. Zresztą, to syzyfowa praca. Daremny trud. Robota głupiego. Bezsens. Dlaczego, tłumaczyć żadnej matce nie trzeba. I jeszcze płaca beznadziejna.
 

poniedziałek, 10 lutego 2014

Nie ma zmiłuj- zęby idą...

Sesja zakończona. Semestr w zasadzie zamknięty. Pozytywnie. Świadomość, że ta czarna jak smoła chmura, już nie wisi nad moją głową- cudowna. Perspektywa spełnionego obowiązku i wolnego do następnego zjazdu- bezcenna.
Ale kolorowo nie jest.

Jeszcze nie doszłam do siebie po całym weekendzie na uczelni, a już w domu szaleństwo. Nie ma zmiłuj. Kolejne noce z rzędu całkowicie zarwane. Dziecko jak nie moje, bo bardziej laleczkę Chucky przypomina. Drze się w zasadzie bez przerwy. Nic mu nie pasuje. Jak już mam serdecznie dość, oddaję go zbulwersowana  tatusiowi z reklamacją, że "jak mnie nie było, ktoś podmienił", albo "wystarczy, że wyjdę, a już popsute!". Ale P., choć ma genetycznie chyba uwarunkowaną, zdecydowanie większą odporność psychiczną, też się kończy.
 
Śmiem podejrzewać, że małemu wychodzi kolejny ząbek...
 

piątek, 7 lutego 2014

Domowe sposoby na niemowlaka :)

Czym zająć Malucha?
 
To już wiemy dzięki naszej kochanej Mamiczce, która, ku mojemu ciągłemu zdumieniu, znalazła już 258 ciekawych pozycji (TO TU ).
 
Ale czym zająć niemowlaka, który jeszcze roku nie ukończył...?
 
Takiego, wiecie- co to książki drze, albo w najlepszym wypadku je. W grę jeszcze nie zagra (no chyba, że to gra strategiczna- "Kto pierwszy złapie kabel?"), mało rozumie, i jeszcze mniej potrafi go zainteresować na dłużej niż minutę. A domaga się nieustannych bodźców.

środa, 22 stycznia 2014

Wow! Wygraliśmy czerwone Ferrari!


Się pochwalę... :)

 W końcu, po opłaceniu podatku (bolało...), dotarła do nas nagroda za
I miejsce w konkursie czasopisma "Dziecko", za blogową opowieść o porodzie.


Piękne, czerwone Ferrari :)


 

środa, 1 stycznia 2014

Jak to było, kiedy z brzuchem się chodziło...

 Dla N. i wszystkich innych spodziewających się lub spodziewających się spodziewać :-)

  Ostatni raz wracam do miesięcy, kiedy w drzwiach przede mną zawsze pojawiał się najpierw mój brzuch. Wtedy uważałam, że dzieci jednak lepiej byłoby szukać w kapuście, a stan "błogosławiony" wcale nie równał się z "uszczęśliwiony". Jednak mimo wszystkich wad i niedogodności, które zaraz pokrótce wymienię, zaraz po porodzie czegoś mi brakowało. Wtedy dopiero dotarło do mnie, że swojego Maluszka już nigdy nie będę mieć tak blisko siebie, że nie będzie już wymówki przed Mężem od nielubianych obowiązków domowych, nie będę mogła jeść "za dwoje", wzdęcia znów będzie widać i nikt nie zapyta mnie już z rozrzewnieniem: "Który to miesiąc?", "Chłopiec czy dziewczynka?"... Jeszcze przez kilka pierwszych tygodni, nieświadomie kładłam rękę na brzuchu, oczekując reakcji małego, a  wśród ciężarnych, w kolejce do ginekologa, czułam się wybrakowana. Słodkie lenistwo karmione lodami z McDonaldsa , pojone sokiem pomidorowym, czuła ręka P., kiedy dzieciak w brzuchu strzelał gole, i perspektywa, że wkrótce dokona się cud narodzin i to za moją sprawą, to te aspekty ciąży, za którymi chcąc, nie chcąc tęsknię i miło wspominam. Czułam się wtedy bardzo wyjątkowo, chodziłam dumna jak otyły paw i tylko żałuję, że zamiast 16 godzin na dobę, nie spałam choć 20, bo teraz długo nie będzie mi dane.
Ale są też minusy tego całego przedsięwzięcia, na które lepiej być przygotowanym i stąd ten post.
A więc w kolejności, jak Bóg przykazał.
1. ŻYCZLIWOŚĆ w kolejkach to mit. Niby Cię pod niebiosa wynoszą, że zdecydowałaś się na trud wydania na świat kolejnego obywatela, bo ktoś musi na emerytury zarobić, a przy kasie w TESCO i tak odstoisz swoje, chyba, że zaczniesz rodzić. WSTYD I HAŃBA. Panowie udają, że nie widzą, albo rzeczywiście myślą, że po prostu za dużo frytek jesz na co dzień, stare babska uznają, że ich żylaki, mają większe prawa, niż Twój brzuch, a młodzi podchodzą do tematu odważnie, na zasadzie "masz co chciałaś, następnym razem użyj prezerwatywy".

wtorek, 31 grudnia 2013

Sylwestrowe uroki macierzyństwa

  Jak dziś pamiętam, jak rok temu, o tej samej porze, z brzuchem wielkim jak balon, popijając razem z S. truskawkowe Piccolo, zaklinałam się, że następny Sylwester to będzie razy dwa, że sobie odbiję, napruję się do granic możliwości, wytańczę nogi, uśmieję po pachy i nadrobię zaległości towarzysko- imprezowe. Obiecanki macanki, a głupiemu radość, bo życie, a właściwie dziecko, zweryfikowało moje plany dość brutalnie. Mianowicie Nowy Rok witam w domu, razem z moimi chłopakami, możliwie jak najmniej hucznie.
  Dziadki postanowili poszaleć na imprezie, co niestety wyklucza opiekę nad wnukiem, a tym samym naszego Sylwestra w gronie znajomych. Z jednej strony, trzeźwy jeszcze umysł, podpowiada mi, że należy im się, bo swoje dzieci już odchowali i z pewnością wiele wyrzeczeń ich to kosztowało, ale z drugiej strony, gdzieś z tyłu głowy czai się bunt,że my młodsi, świeżo upieczeni rodzice, powinniśmy mieć pierwszeństwo, zwłaszcza, że nie nadużywamy na co dzień pomocy z ich strony. Mimo wszystko nie narzekam, jak to mam w naturze zbyt dobitnie, bo uśmiech mojego synka wśród kolorowych balonów, mąż, który stara się zrobić balangę z niczego, i świadomość, że jesteśmy we trójkę, zdrowi i szczęśliwi, sprawia, że nie można się nie cieszyć. Ludzi gorsze tragedie dotykają, niż Sylwester w domu.

niedziela, 29 grudnia 2013

Matkowe paranoje i strachy

  Od ponad pół roku, systematycznie, z dokładnością co do dnia i uporem maniaczki, zadaję jedno pytanie:
"Czy to normalne...?"   

Matka Denatka
  Obserwuję bacznie mojego pierworodnego, sokolim wzrokiem badam każdy milimetr jego ciałka, analizuję każde zachowanie, które wydaje mi się, że choć minimalnie odbiega od utartego schematu.
Paranoja? A może po prostu matczyna miłość i troska. Psychoza..? A może najzwyczajniej na świecie przesadna, aczkolwiek niegroźna nadopiekuńczość...?
  Jestem czujna i fakt- znacząco przewrażliwiona. Wszystko wzbudza moje podejrzenia.
  Patrzę na O., podziwiam, rozpływam się w zachwycie, by w następnej sekundzie wpaść w panikę: "P.! Zobacz jaką on ma dziwną spojówkę! Może sobie palca w oko wsadził! Na pewno ma coś z okiem, o Boże, o Boże... Co teraz?!". Zimny pot spływa mi po plecach, cała drżę jak osika a żołądek momentalnie próbuje uciec z mojego ciała. P. przyzwyczajony już najwidoczniej, do moich dziwactw, podchodzi, ogląda, i ze stoickim spokojem stwierdza: "Normalną, drugą też ma taką, wydaje Ci się..." A przysięgam, że już telefon z wybitym "999" w ręku trzymałam.

wtorek, 10 grudnia 2013

DLACZEGO....................?

   Co zainspirowało mnie do stworzenia bloga? 

   Wygrana w konkursie czasopisma "Dziecko" na najlepszy blog. Choć go teoretycznie jeszcze nie było, bo powstaje dopiero teraz. Komiczne. Chyba jak wszystko co mnie otacza. Ale po kolei... 
   To co w tej bajce najistotniejsze, to chyba to, że urodziłam syna. Po mniej więcej miesięcznym ogarnięciu tematu noworodka w domu, w jednym z wielu miesięczników dla mamusiek, które aktualnie są moją jedyną lekturą, bo ze względu na ilość całostronicowych reklam, czyta się je stosunkowo szybko, przypadkiem znalazłam konkurs "Piszę o dziecku". A ponieważ pamiętnik pisałam od czasów szkolnego tornistra i czerwonych pasków na świadectwie bądź tyłku, stwierdziłam, że może warto moje perypetie porodowe i pierwsze chwile z małym, opisać na ciut większą skalę, niż wygnieciony zeszyt. Więc po trochu pisałam po nocach, żeby, jak to mam w zwyczaju, moje wypociny wysłać na ostatnią chwilę, z nadzieją, że skoro już się tak napociłam, to przynajmniej zostaną zakwalifikowane i ktoś je przeczyta. A tu zaskoczenie. Pierwsza wygrana. Cieszyłam się bardziej, niż moje żarłoczne dziecko na widok butelki.
 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...