Sesja zakończona. Semestr w zasadzie zamknięty. Pozytywnie. Świadomość, że ta czarna jak smoła chmura, już nie wisi nad moją głową- cudowna. Perspektywa spełnionego obowiązku i wolnego do następnego zjazdu- bezcenna. Ale kolorowo nie jest.
Jeszcze nie doszłam do siebie po całym weekendzie na uczelni, a już w domu szaleństwo. Nie ma zmiłuj. Kolejne noce z rzędu całkowicie zarwane. Dziecko jak nie moje, bo bardziej laleczkę Chucky przypomina. Drze się w zasadzie bez przerwy. Nic mu nie pasuje. Jak już mam serdecznie dość, oddaję go zbulwersowana tatusiowi z reklamacją, że "jak mnie nie było, ktoś podmienił", albo "wystarczy, że wyjdę, a już popsute!". Ale P., choć ma genetycznie chyba uwarunkowaną, zdecydowanie większą odporność psychiczną, też się kończy.
Śmiem podejrzewać, że małemu wychodzi kolejny ząbek...