
Szacunek dla wszystkich kelnerujących! Od teraz z pewnością będę zostawiać napiwki.
Razem z S. w celu zarobienia dodatkowych funduszy przed świętami, co by na wigilijnym stole, pojawiło się coś więcej niż tylko kompot z suszu w wersji light, pojechałyśmy do pewnej karczmy na trasie (nazwy nie wymienię, aby nie robić reklamy), kelnerować podczas wigilii pracowniczej. Bagatela 200 osób, my zielone jak szczypiorek, ale grunt to dobra mina do złej gry i wiara we własne możliwości. Niestety, tym razem trochę je chyba przeceniłyśmy.
Nie wiem dokładnie co z S., czy w ogóle jeszcze żyje, ale ja czuję się tragicznie. Do głowy by mi nie przyszło, że można mieć zakwasy nawet w palcach u rąk, nie wspominając o każdej pozostałej, zdefiniowanej części ciała. A kręgosłup boli mnie tak, jakby potrąciła mnie świąteczna ciężarówka coca-coli. To naprawdę bardzo ciężka, fizyczna praca i podziwiam tych ludzi, którzy decydują się na nią na stałe, bo ja będę dochodzić do siebie co najmniej przez najbliższy tydzień.
Dzięki Bogu, trafiłyśmy na wspaniałych ludzi, naprawdę świetną, sympatyczną brygadę, dzięki której jakoś przetrwałyśmy te, z dojazdem licząc, raptem 16 godzin udręki. Nie patrzyli na nas z politowaniem, kiedy nieporadnie nosiłyśmy po dwa talerze, podczas kiedy oni lawirowali między stolikami z sześcioma, nie prawili złośliwości, kiedy nie potrafiłyśmy obsłużyć ekspresu do kawy itp., za to pomogli nam odnaleźć się w nowej sytuacji, i stworzyli naprawdę świetną atmosferę.